Browsing Tag

kolagen

Bez kategorii

chwila relaksu..

Wszystkie koty i dzieciaki w okolicy są zaniepokojone moim widokiem relaksacyjnym.. (jeden kot i jedna Dziecina gwoli ścisłości 😉 ..nic na to nie poradzę 😉
Najbardziej lubię maski w firmie płacht (nie wiem czy to się tak profesjonalnie nazywa..)
Dzisiaj miałam na sobie złotą maskę kolgenową. Uwielbiam ten mój krótki czas relaksu 😀

uszanowanko

Buziaki!

Bez kategorii

sklepowy post szpiegowski- ROSS

W ROSSie pojawiło się ostatnio kilka ciekawych rzeczy. Ostatnio znalazłam chwilkę czasu żeby się tam wybrać. Zrobiłam nawet niewielkie zakupy kosmetyczne.

matujący krem bb Rimmel

cena

krem pod oczy niwelujący cienie

nie polubiłam się z tą marka 

nektar z witaminą C

kosmetyki Juice Organics

krem do rąk Burt’s Bees

organiczne serum z antyoksydantami i kwasem hialuronowym Michael Todd

cena <3

nawilżające serum do twarzy Michael Todd

cena 🙂

taki duecik 🙂

zestaw z kremami do rąk

skórzana torba The Sak

organizery na kosmetyki

spory potrójny

cena

na drobiazgi

cena

trzy elementy

cena

meksykański Dzień Zmarłych

powinni wprowadzić taką łapkę na Fejsbuku XD

dla miłośników Lois Lane

stojaki na buty

i tu też

farby: akwarele, olejne i akryle

taka sama cena za każdy zestaw

gotowe płótna do malowania

różne wielkości

te były największe

zestaw pedzli

w etui

dział spożywczy

zestaw koron

kubek lajfstajlowy

i jeszcze jeden

okragła motylowa taca

i drewniana serduszkowa

szklane lampiony

konie półkowe

sowy podtrzymujace książki

drewniane skrzyneczki ombre <3

trzy w jednym: potrójna świeczka Yankee Candle

najpierw zapach arbuzowy, potem białe piaski i na końcu wiatr z przystani

cena

kij do selfie XD

cena i opis

był też różowy :3

Buziaki!

Bez kategorii

nowości w mojej kosmetyczce

Dzisiaj pachnie deszczem 🙂

Ostatnie dni były dziwne i pogodowo i nastrojowo.. Cóż, tak też czasami musi być..
Oprócz dziwnych chwil pojawiło się się również kilka nowych rzeczy w mojej kosmetyczce.
Odkryłam na moim czole dwie wielkie zmarchy. To nawet nie są zmarszczki- to są zmarchy. (czyżbym się cały czas marszczyła? ehhh)

Postanowiłam sprawić sobie jakiś krem na wczesne oznaki starzenia, ale najpierw muszę zrobić rozeznanie.
W międzyczasie w moje ręce trafił puder wygładzający zmarszczki mojej ulubionej marki Physicians Formula. Kolor pasuje idealnie do mojej karnacji i jeśli da radę z moimi zmarchami to stanie się godnym następcą kończącego mi się właśnie pudru prasowanego.
Razem z pudrem kupiłam opakowanie 6 zestawów płatków kolagenowych pod oczy. Jest to moje drugie opakowanie. Pierwsze zużyłam z wielką przyjemnością. Płatki są zimne i bardzo dobrze radzą sobie z opuchniętymi oczami i sprawiają, że twarz wygląda na wypoczętą a okolice oczu jaśniejsze i bardziej zrelaksowane 😀

puder 🙂

płatki

 Ostatnią, trzecią nowością jest mój pierwszy w życiu kosmetyk elf. Jeden mały wkładowy cień do powiek.

Jasny beż numer 2507 Pink Ice.
Jeszcze nie używałam więc nie wiem czy się nadaje czy nie.
Jeśli się sprawdzi to może poszerzę elfowy zbiór o inne kolory, bo cena takiego wkładu jest atrakcyjna.

Buziaki!

Bez kategorii

Moje pierwsze DENKO!

Przyszedł czas na rozprawienie się z górą pustych opakowań, które zbierałam od rozpoczęcia działalności bloga. Zanim usłyszałam o projekcie denko moja łazienka tonęła w ‘kiedyś-tam-otwartych-i-nigdy-nie-skończonych’ kosmetykach. Po ogarnięciu idei denka stwierdziłam, że to całkiem słuszna koncepcja jest. Wzięłam się za kończenie wszystkich otwartych kosmetyków. Jestem w połowie 😉 Powoli ale bardzo sumiennie zużywam góre piętrzących się butelek, buteleczek, tubeczek i słoiczków. 
Oto pierwsza część zdenkowanych mazidełek i psikadełek:
 Przyjaciel moich włosów, pan John Frieda.
Tutaj same odżywki 🙂 Zazwyczaj kupuję komplet: szampon i odżywkę- zawsze szampon zużywam dwa razy szybciej a potem jestem prześladowana przez opakowania do połowy zużytych odżywek (zamiast dokupować same szampony.. ot mózg ze mnie).

 Seria sheer blonde (szampon dawno zużyty i wyrzucony)
nie zauważyłam jakiegoś cudownego działania tej linii.
Spray ‘go blonder’ ma zapach amoniaku i wody utlenionej, jego zadaniem jest rozjaśnianie włosów przy suszeniu (kontakcie z ciepłem) nie przypadł mi zbytnio do gustu, nie widziałam efektów..

Odżywkę root awakening używałam z szamponem z tej samej serii. Moje włosy lubią produkty Johna Friedy, są miękkie i dobrze odżywione, poprawia się kondycja skóry głowy.
Odżywkę full repair używałam z szamponem z tej samej serii. Mój absolutny faworyt, zniknęła szorstkość, włosy stały się gładkie i odżywione, miękkie i łatwiejsze do ujarzmienia.

 Antybakteryjne mydła w pianie Bath and Body Works.
Mój KWC w kategorii mydeł do rąk.

 Od lewej limonka i bazylia cudny, cutrusowo-ziołowy zapach.
W środku świeżo zebrane mandarynki słodki, cytrusowy zapach.
Po prawej świąteczna limitowanka z ubiegłego roku cytrusowa girlanda limonka i świerk-
zaopatrzyłam się w całkiem sporą ilość przy semi-annual sale w Bath & Body Works  ***KLIK***

Po lewej czekolada i mięta- niezbyt udany duet zapachowy.
W środku dziki wiciokrzew cudny, kwiatowy zapch lata.
Limonka i bazylia j.w.

 Małe i duże żele pod prysznic Bath and Body Works.




 Małe podrózne opakowania. Żele pod prysznic.
Od lewej Country Chic uwielbiam ten zapach (cytryna, grapefruit, gruszka, liście, jaśmin, malina, lilia, gardenia, kwiat pomarańczy) długo utrzymuje się na skórze.
W środku z serii ‘aromatherapy- sensual’ jasmine vanilla meh.. duszący zapach, męczył mnie.
Po prawej coconut lime breeze- następca wycofanego już zapachu ‘coconut lime verbena’, który był moim ulubieńcem, ten jest podobny, ale to nie to samo..
Po lewej z serii ‘aromatherapy- stress relief’ vanilla verbena hmmmm.. Totalnie bez szału. Cieniaskowy zapach.
Po prawej męski twilight woods- cudny, intensywny zapch wetiwerii pachnącej (afrodyzjak) i drewna mmmmmmmm 🙂

Dwa pudełka po płatkach kolagenowych pod oczy Dermactin- TS.
Rewelacyjnie odświeżające i kojące, niwelują opuchliznę i delikatnie rozjaśniają.
Zdecydowanie kupię kolejne opakowanie.

Rodzinka The Body Shop.




Dwa żele pod prysznic.
Po lewej love etc…. przyjemny zapach (jaśmin, wanilia, drzewo sandałowe).
Po prawej satsuma czyli mandarynka klementynka.. Nie przypadł mi do gustu- coś w nim było sztucznego i strasznie męczącego. Cieszę się, że już się skończył 🙂

Ochronny krem do rąk hemp hand protector z olejkiem z konopii indyjskich.
Polubiłam go bardzo jako krem do rąk na noc (zostawiał warstwę ochronną, która przeszkadzała mi w dzień). Wiele razy byłam budzona przez Nuszkisę, która wylizywała mi krem z dłoni a potem biegała, biegała, biegała, biegała do losowo wybranych pomieszczeń w domu donośnie przy tym bucząc.. U siebie skutków ubocznych używania nie zauważyłam 🙂

Taki chudak zrobił się z tubki, co dowodzi, że krem bardzo polubiłam 🙂

Tej dwójki nie zapomnę… Szampon i odżywka rainforest.. Ileż toto mi nerwów napsuło.. Ileż kołtunów na włosach wyprodukowało, ileż walki z rozczesywaniem spowodowało.. Totalny bubel! Jakbym zapytała moich włosów czy ponownie kupić im ten duet, pewnie odpowiedziałyby:
Nigdy więcej!

Chusteczki nawilżane różnego rodzaju i zastosowania.
Zielone simple bezzapachowe, antyalergiczne, delikatne; świetnie radzą sobie z tuszem, cieniami, kremami bb, pudrami i różami. Lubię również inne produkty tej marki.
Fioletowe pond’s z rumiankiem i białą herbatą- delikatnie perfumowane, dobrze radzą sobie z kosmetykami kolorowymi, nie mam zastrzeżeń.
Chusteczki odświeżające Cleanic znam i używam od lat. Zawsze kupuję zapas jak jestem w Polsce 🙂
Niezastąpione przy codziennym kontakcie z brudkiem i bakteriami, zawsze mam opakowanie w torebce.

Organix coconut milk odżywka (używałam razem z szamponem z tej serii) sulfate free.
Cudny, przecudny kokosowy zapach długo utrzymujący się na włosach.
Włosy są delikatne i mięciutkie jak kaczuszka i dobrze odżywione. Z pewnością wrócę do tej marki.

Do mojego denka dorzucił się również Mąż ze swoim żelem pod prysznic Old Spice Pure Sport.
Żel ma miły, męski zapach, który długo utrzymuje się na skórze.

 Żel i pianka do mycia twarzy.

 simple odświeżający żel do mycia twarzy. Bardzo delikatny, bezzapachowy i niesamowicie śliski w kontakcie ze skórą. Dobrze radził sobie ze zmywaniem kosmetyków kolorowych. Nie podrażnia oczu.

Lirene dermo program pianka myjąca do oczu i twarzy 20+. Kupiłam ją kiedy byłam jeszcze leniuszkiem i nie używałam płynów do demakijażu oczu. Zużyłam dwa opakowania i jestem pozytywnie nastawiona do tego wynalazku. Zawartość znajduje się w opakowaniu takim jak bita śmietana, wyciskamy delikatną piankę i nakładamy na zwilżoną twarz. Kosmetyk ten ma przyjemny zapach i nie podrażnia delikatnych okolic oczu. Świetnie radzi sobie z tuszem do rzęs i cieniami (nie używałam wtedy wodoodpornych tuszy i eyelinerów).

Zmywacz do paznokci porażka czyli equate bez acetonu (jest to marka własna sklepu WalMart). Gorszego zmywacza nie maiłam w życiu. Do zmycia lakieru ze wszystkich paznokci tym zmywaczem potrzebowałam ponad 10 wacików i 1/5 zawartości butelki (więc bardzo szybko go skończyłam). Nikomu nie polecam a sama mówię mu zdecydowane:

Nigdy więcej!

Próbki kremów BB.
Po prawej Maybelline odcień light/medium- moje pierwsze w życiu doświadczenie z kremami BB- bardzo polubiłam konsystencję i właściwości półkryjące (do tej pory nigdy nie używałam podkładów ani pudrów, ani niczego co miało pigment). Lekki krem, który nie tworzy efektu ‘maski’ (zawsze się obawiałam, że będzie widać inny kolor podkładu/pudru na twarzy).
SKIN79 komplet próbek kremów BB, które zamówiłam na Ebayu z Korei. Mój zachwyt był ogromny przy różowym kremie link do recenzji 🙂, który okazał się najlepszy z trzech azjatyckich próbek.

Próbka rozświetlającego kremu tonującego Vichy, która jest ze mną już wieki całe. Nieużywana od paru lat- tylko sobie leży, albo jest przekładana z kąta w kąt. Nie wiem dlaczego jej wcześniej nie wyrzuciłam, pewnie z sentymentu 🙂  To był krem- (wtedy myślałam, że to podkład 😉 którego użyłam do mojego makijażu ślubnego. Robiłam sama swój makijaż ślubny nie mając zielonego pojęcia o niczym: malowaniu, kolejności nakładania kosmetyków oraz kolorach, które najbardziej by mi pasowały. Totalny LOL/WTF. Na zdjęciach wyszłam jednak całkiem całkiem, więc działając intuicyjnie nie wyszło aż tak źle 🙂

Od lat jestem wierna lady Speed Stick. Zapach sparkling lime coconut nie porwał mnie wcale. Dezodorant spełnia swoje zadanie jak każdy tej marki. Następnym razem wybiorę jednak inny wariant zapachowy 🙂

Moja miłość ostatnich dwóch lat Dolce & Gabbana light blue. Lekki, letni zapach idealny w Kalifornii na każdą porę roku. Skończyła mi się mała, podróżna buteleczka (mam jeszcze połowę pełnowymiarowej 100ml). Zdecydowanie mój faworyt wśród zapachów.

 Miniaturki szmponów i odżywek do włosów.

 TRESemme ‘split remedy’ (seria na rozdwojone końcówki) popularna marka szamponów w US. Mają przyjemny zapach, dobrze radzą sobie z oczyszczaniem włosów z kosmetyków stylizujących. Nie zauważyłam jednak poprawy moich końcówek (czego można się spodziewać po dwóch użyciach) Możliwe, że dłuższe stosowanie poprawia stan włosów na końcach..

Pantene do włosów farbowanych (czyli jak najbardziej moich). Miły zapach, gęsta konsystencja. Również niewiele mogę powiedzieć o tym szamponie bo nie używałam go wystarczająco długo, żeby miał szansę zadziałać na moich włosach.

 Jednorazowe próbki szamponów i odżywek do włosów.
Grupa, o której nie mogę właściwie nic powiedzieć, bo czasami w takiej jednej saszetce jest za mało szamponu/odżywki, żeby dokładnie umyć moje włosy 😉

 Aveeno living color (szampon i odżywka do włosów farbowanych).
Po zużyciu próbek mam w planach kupić pełnowymiarowe opakowania bo lubię tę markę (znam balsamy do ciała i krem do rąk). Szampon i odżywka mają bardzo przyjemny zapach, moje włosy były miękkie i przyjemne w dotyku.

L’Oreal EverCreme sulfate free. Nawilżające produkty do włosów suchych. Jedne z największych saszetkowych próbek szamponowych (po 10ml). Starczylo idealnie na umycie mojej długości włosów. Szampon, odżywka i maska sprawiły, że moje włosy po jednym użyciu były zdecydowanie mniej suche i lepiej się układały. Całkiem prawdopodobne, że dam szansę całej pełnowymiarowej serii 🙂

Aveeno Baby bezzapachowy kojący krem z wyciągiem z owsa. Kupiłam go z myślą o mojej dziecinie- kilka razy go używałam przy delikatnych, ledwo widocznych wysypkach i wysuszonej skórze- rewelacja! Gorąco polecam wszytskim z mega suchą skórą (u siebie używałam na suche łokcie i na nogi po goleniu- natychmiastowa ulga). Same superlatywy.

To jest ciekawostka 🙂 Pacifica ‘tuscan blood orange’ body butter ze styczniowego Glam Bag KLIK; Masło do ciała w tubce- tu powinna zapalić się pierwsza lampka- heloł! Prawdziwe masło do ciała zazwyczaj jest za gęste na pakowanie go w tubkę. Powiedzmy sobie szczerze- to jest dosyć gęsty balsam do ciała. Zapach na poczatku jest bardzo ‘apteczny?’ ‘chemiczny?’ ‘sztuczny?’.  Kiedy minie pierwsze wrażenie pojawia się zapach faktycznej blood orange 🙂 który utrzymuje się na skórze około pół godziny i znika na zawsze…. smuteczek… nie polecam..

Mederma maść na blizny. Rewelacja, szczcerze polecam jeśli macie do niej dostęp. Wszystkie blizny i ślady po nuszkisowych-pazurkowych zadrapaniach potraktowane tą maścią zniknęły albo zbladły tak, że ich praktycznie nie ma. Potrzebna jest jednak systematyczność w stosowaniu! Ma miły zapach i jest w formie przeźroczystego żelu.

Dwa ostatnie opakowania, które nie należą do rodziny kosmetyków, ale zrobiły na mnie tak dobre wrażenie, że postanowiłam je zaprezentować.

 Woski do kominków z WalMartu, pisałam o nich TUTAJ. Mają intensywny zapach i są sporą konkurencją dla YC jeśli chodzi o wydajność i cenę 😉

Herbaciany mix firmy Celestial. 5 smaków w jednym opakowaniu (malina, brzoskwinia, owoce leśne, borówka, wiśnia); dla mnie najlepsze rozwiązanie ever 🙂
Jestem osobnikiem, któremu jeden smak herbaty szybko się nudzi, 5 rodzajów w jednym pudełeczku idealnie zaspokaja moją potrzebę różnorodności. Nie wyobrażam sobie wieczoru bez dwóch albo trzech kubków herbaty owocowej (oczywiście każy o innym smaku).

Ufffffff..
Koniec 🙂

Buziaki!!
                                 

Bez kategorii

Denko- preview

Już niedługo zapraszam na moje pierwsze denko!
A raczej DNO 🙂
Zbieram i zbieram i zbieram opakowania.
Jestem przeszczęśliwa, bo dzięki Wam i blogowi zaczęłam wreszcie kończyć wszystkie kosmetyki.
szybki look na opakowania 🙂
będzie długo i mam nadzieję, że detalicznie
nawet mąż się dorzucił 🙂
sporo próbek i mini podróżnych opakowań
Buziaki!
Bez kategorii

Kolagenowa maska straszyciel

Wczoraj tak jak planowałam zrobiłam sobie kolagenową maseczkę.. Właściwie maskę.. Maskę straszyciela.

Zupełnie niewinnie i miło wygląda w swoim opakowaniu z ładną, tajemniczo niczym Mona Lisa uśmiechniętą panią.
Maska jest z bawełniano-flizelinowego materiału, bardzo mocno nasączonego płynem kolagenowym. Kumuluje się na dnie opakowania i trzeba ją rozłożyć.
Trzeba uważać, żeby przy rozkładaniu nie “wykapać” z niej zbyt dużo płynu.
Maska składa się z dwóch części. Jedna mniejsza część na brodę, usta i żuchwę (posiada otwór na aparat mowy, ale jest on zbyt wąski, żeby wygodnie mówić..) Druga duża część maski zaczyna się od dołu policzków i sięga aż po linię włosów nad czołem. Posiada dwie miłe dziury na oczy i przewiewną klapkę na nos.
Dosyć łatwo się ją nakłada, pomojając szok termiczny jakiego doznałam przy kontakcie ze skórą. Zaczęłam od dolnej części. Górną udało mi się nałożyc równie łatwo. Maska ładnie przylegała do skóry, bo była bardzo obficie nawilżona. 
Zastanawiam się jakiego określenia użyć, żeby nazwać wyraz mojej twarzy.. Hmmmm.. Wiem jedno- było mi piekielnie zimno przez całe 20 minut. Tak samo zimno przy przykładaniu maski do twarzy pierwszy raz i tak samo zimno przy jej zdejmowaniu. Ciepło skóry nie zdołało ogrzać powierzchni materiału i płynu kolagenowego.. 
Patrzyłam na siebie i chciało mi się śmiać, bo przypominały mi się wszystkie stare horrory z bohaterami w takich właśnie maskach.. Co się uśmiechnęłam- maska luzowała przyczep przy otworze na usta i cały czas musiałam się przyklepywać. 
Moje wrażenia:
*Proces przygotowania maski do nałożenia na twarz nie jest skomplikowany. Trzeba wszystko porozkładać i postarać się, żeby za dużo cennego kolagenu nie rozchlapało się dookoła.
*Moment nakładnia jest przerażający (zimność). Mega niska temperatura maski przez cały czas kontaktu ze skórą twarzy jest bardzo niemiła. Może latem sprawiłoby to więcej przyjemności. 
Następnym razem spróbuję jakoś całość podgrzać przed nałożeniem..
*Czas trzymania maski na twarzy 15-20 minut polecam przeczekać bez mówienia, uśmiechania się i poruszania mięśniami twarzy, bo maska ma tendencje do odczepiania się od skóry.
*Po zdjęciu maski buzia była wygładzona, miękka i miła w dotyku.
Takie oto miałam doświadczenie z maską straszycielem.
                          Buziak!